Moda na bycie fit

Prawdopodobnie nie ma wśród nas osoby, która nie chce wyglądać dobrze. Każdy z nas ma wyznaczone cele sylwetkowe, określone kanony piękna i swoje małe marzenia odnośnie tego, jak chciałby widzieć siebie w lusterku. Jesteśmy tylko ludźmi i pragniemy być akceptowani przez każdego, kogo spotykamy na swojej drodze. To zupełnie zdrowe i naturalne. Niestety, ostatnimi czasy mam nieodparte wrażenie, że przekonania dużej części osób są zupełnie spaczone, a wiedza na tyle znikoma, że wyrządzają sobie i co gorsza otoczeniu ogromną krzywdę. O co mi chodzi? Wytłumaczę w prosty, rzetelny i jasny sposób, bo to ja będę tym przykładem. Post powstaje o godzinie praktycznie drugiej w nocy. Na pewno nie będzie kompletnie czysto gramatycznie, ale jakoś to zniesiemy. Bo dlaczego niby nie? Prawda?

To było jakoś w roku 2013. Pewnego dnia chciałam sobie schudnąć, a po dłuższych przemyśleniach doszłam do wniosku, że sobie schudnę. Oczywiście, jak każdy typowy laik zaczęłam szukać w internecie cudownych sposobów na to, żeby zrzucić 10 kilogramów w dwa tygodnie i czuć się zdrowo. Rady internautów były proste. Trochę wody, trochę serka wiejskiego. Koniecznie unikaj owoców, nie jedz po 18:00 i przede wszystkim ćwicz, to schudniesz. Jak wielkie było moje rozczarowanie, gdy zagłębiałam się w tematykę przez kolejne lata? Jak duże wiadro zimnej wody się na mnie wylało? Wiem tylko ja no i... Moja gospodarka hormonalna. I wyniki moich badań.

Dziś, gdy wiedzę mam przyzwoitą mam prawo wypowiedzieć się na ten temat szerzej. Być może tym postem uratuję kilka osób. Słowo "uratuje" wcale nie jest tutaj przesadzone. Dla niektórych jedzenie i niejedzenie staje się obsesją i mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardzo ciężko znaleźć złoty środek, żeby wyważyć wszystko i nie popaść w paranoję, chorobę. Niestety, należy mówić o tym głośno. Jedzenie poniżej swojego zapotrzebowanie i drastyczny wysiłek fizyczny przez kilkanaście miesięcy - prowadzi do choroby i szeregu innych zaburzeń, które NIKOMU z nas nie są potrzebne. Uwierzcie na słowo... 

Szczupłe, ale zmęczone ciało, wypadające włosy i łamiące się paznokcie. Brak energii do życia i chodzenie przygnębionym. Wiecznie spadki nastroju, płacz bez powodu oraz nerwica. Uzależnianie swojego nastroju od tego, co się zje i brak samokontroli nad pochłanianymi ilościami jedzenia. Obżarstwo, na przemian z głodówką. Fazy ekscytacji mieszane z fazami złości, depresji. Wszystko, co wcześniej wymieniłam - to zaburzenia. Jesz o jednego batona za dużo i rano stoisz na wadze. A łzy lecą ciurkiem, bo waga pokazuje plus dwa kilo. Zapomniałaś niestety, że na noc wypiłaś dwa liry wody. Wmawiasz sobie, że to ten baton zniszczył Twoją dietę. I jesz od nowa niezdrowo. Po tygodniu masz wyrzuty sumienia, że o siebie nie dbasz - zaczynasz więc katorżniczą dietę. Znów chodzisz przemęczona, ale w głębi duszy się cieszysz, bo chudniesz. Otóż nie chudniesz. Prawdopodobnie zlatuje Ci woda, którą zostałaś podlana przez nadprogramowe węgle. Znasz to? To dobrze. Bo zaraz wyjaśnimy, jak z tego wyjść. 

Zacznę od tego, że nie akceptuje słowa dieta. Dla mnie to słowo to stan przejściowy. Kiepski chwyt marketingowy weekendowych trenerów, którzy wciskają takie same rozpiski każdemu "podopiecznemu". To słowo też lubią kobiety, które nie mają w sobie na tyle samozaparcia, żeby odstawić codzienne jedzenie chipsów. Co piątek wmawiają sobie, że od poniedziałku "idą na dietę" i w ten sposób ich wyrzuty sumienia się kurczą. Jeśli decydujemy się na zrzucenie nadprogramowych kilogramów, musimy pamiętać o jednym. Przede wszystkim: organizm nie reaguje na brak jedzenia. Organizm reaguje na czyste, nieprzetworzone jedzenie. 

Moje jedzenie, a raczej niejedzenie jeszcze dwa lata temu wyglądało bardzo prosto. Rano jakaś ciemna bułeczka. Oczywiście ciemna była tylko z wyglądu, bo z prawdziwym, żytnim/orkiszowym pieczywem miała wspólnego tyle co tort z sałatą. Popołudniu jakiś serek wiejski z papryką i wieczorem jakieś mandarynki. Na kolacje. Przecież uważałam, że owoce wieczorami są zdrowe, a mandarynki były takie sycące. Średnio zjadałam około 800/900 kcal, do tego ćwiczyłam. No i schudłam sobie jakieś 20 kilogramów, a gdy się pochylałam to w lusterku, patrząc na swoje plecy mogłam liczyć swoje wszystkie kręgi. Miałam problemy z koncentracją. Często bez powodu płakałam, a paznokcie łamały mi się jak głupie. W życiu mi się wtedy nie układało, ale mimo to, wmawiałam sobie, że jestem szczęśliwa, bo byłam taaak bardzo chuda. No, bo byłam. Nie byłam szczupła. Byłam po prostu chuda, a gdy okres nie wracał mi przez pół roku i waga dobijała 51 kilogramów powiedziałam stop... Z każdym dniem byłam słabsza i to widziałam. Zresztą, nie tylko ja... I dziś dziękuję ludziom, którzy też to widzieli. :) 

Gdy już powiedziałam sobie stop zagłębiłam się w temat. W wakacje zrobiłam trochę kursów, posłuchałam kilku z lepszych dietetyków w kraju. Dużo czytałam, poszerzałam swoją wiedzę na temat żywienia w sporcie. Po czasie, jako już w pełni świadoma tego, co jem - zaczęłam walczyć. Podbiłam kalorykę. Wrzuciłam do swojego jadłospisu produkty, które kiedyś uważałam za niedobre. Na chwilę obecną jestem w stanie stworzyć pełnowartościowe, dobrze zbilansowane posiłki. Odpuściłam aktywność fizyczną poza bieganiem 2-3 razy w tygodniu. W tamtym okresie zwyczajnie nie miałam siły na więcej. Dokładnie obliczyłam swoje zapotrzebowanie i wyszłam ze stanu wiecznej redukcji. Byłam na dodatnim bilansie kalorycznym i jeszcze w maju, zaczęłam przybierać na wadze tak, jak planowałam. Dużo w tamtym okresie myślałam. Unormowałam swoją gospodarkę hormonalną. Wszystko wróciło do normy i zaczęłam mieć siłę. Badania w końcu są na plus dla mnie. Nawet moje nerki odżyły i... Mimo, że głowa reagowała różnie na kilka kilogramów na plusie, zdrowie mi się odwdzięczyło. I to bardzo odwdzięczyło.

Dziś, gdy patrzę na dziewczyny, które katują się dietami jajkowymi, kopenhaska, a ich śniadanie rano to czarna kawa i pół pomidora - po prostu mi ich szkoda. Prawdopodobnie będą musiały na własnej skórze odczuć to, co ja kiedyś. Moda kiedyś przeminie. Za 150 lat, do łask wrócą kobiece kształty, a długonogie, wygłodzone modelki pójdą w zapomnienie. Uważam, że zdrowe odżywianie nie powinno być chwilowym zajęciem, a raczej czymś, co lubimy. Nie powinniśmy zmuszać się do jedzenia owsianki, jeśli jej nie chcemy jeść. Nie masz ochoty na płatki owsiane na śniadanie? To zjedz jajecznicę albo omleta. Przecież to proste. 

Na chwilę obecną jestem na ujemnym bilansie. Mam jasno wyznaczony cel, który chce osiągnąć. Swoją redukcję prowadzę sama, czuję się zdrowo.  W swojej rozpisce nie uwzględniłam nawet serka wiejskiego, bo dziś wiem, że to zwykły syf. Gdy ktoś pyta mnie o rady, mówię ogólnikowo. Niejedzenie po 18 to mit. Niejedzenie owoców W OGÓLE to mit. Jedzenie nabiału typu twaróg, mleko, jogurty... jeśli nie masz nietolerancji? Jedz. Ale pewnie nie wiesz, czy nie masz. Zresztą, nie oszukujmy się. Jakie korzyści płyną z picia mleka? Dla naszej sylwetki, żadne... I nie, jogurt naturalny nie jest źródłem białka. Nie, łosoś nie jest źródłem omega 3 i tak, łosoś hodowlany (95 procent na rynku) przyczynia się do rozwoju nowotworów i jest karmiony kukurydzą GMO, no i tą pyszną paszą prozapalną. I jeszcze antybiotyki. Ale uprzedzając pytania. Tak, czasami zjem łososia. Na wakacjach, albo jak nie mam pomysłu na posiłek B-T, ewentualnie na kanapce. Zdarza się to natomiast rzadko i nikomu nie polecam częściej niż dwa razy w roku. Wiem, wiem. W tych czasach nic nie jest zdrowe, ale lepiej usmażyć ekologiczną kurę na oleju kokosowym, niż wsuwać małego, syfiastego, sztucznie hodowanego łososia. Tyle z moich przemyśleń...

Post nie jest o radach odnośnie zdrowego żywienia więc mało ich tu było. Pamiętajcie, że każdy jest inny. Każdy organizm inaczej reaguje na różne makroskładniki. Jedni dobrze się czują po śniadaniach B-T, inni po węglowodanach. Nie popadajcie w skrajności i nie jedzcie glutenu tylko dlatego, że sąsiadka nie je. Nawet płatki owsiane go zawierają. A przecież podobno są takie FIT? Moja rada jest prosta: NIE PRZESADZAĆ. Wyliczyć sobie makroskładniki, zapotrzebowanie. Wybierać produkty jak najmniej przetworzone (wcale nie najdroższe...)! I po prostu żyć, ciesząc się życiem. Służę pomocą. I ja - i wujo google. 
Dobranoc!




Share this:

CONVERSATION

18 komentarzy :

  1. Według mnie świat oszalał na punkcie bycia ,,fit'' a nikt już nie myśli o zdrowiu , a to one jest najważniejsze w tym wszystkim :)
    http://xgabisxworlds.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  2. Powiem jedno - jem to co mi smakuje i dobrze czuje się taka jaka jestem. To co, że nie wyglądam, jak modelka. Bycie ''fit'' to wymysł świata i chorych ludzi. Trzeba o siebie dbać, ale wszystko z umiarem i nic na siłę. Pozdrawiam serdecznie i zapraszam na mojego bloga https://wrzucnarap.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  3. Świetny post!! Też jestem zakręcona na zdrowym punkcie zycia.Ja sama piękę chlen na zakwasie i ze zbożami. sama robię pasztety warzywne itp. Można żyć zdrowo ale z głową

    OdpowiedzUsuń
  4. Bardzo dobry wpis. Szczerze zaczęłam zastanawiać się czy nie powinnam więcej jeść. U mnie dieta też była ciężka, uwzględniająca nie więcej niż 1000 kcal, ale bardziej z przymusu. Moim problemem jest brak apetytu. I tak samo ciężko się zmusić do jedzenia, jak i przed nim powstrzymać. Swoje wyniki to ma: niedobór żelaza. Apeluję z Tobą do wszystkich, by dbali o pożywne i wartościowe jedzenie, uwzględniające każdą witaminę.

    OdpowiedzUsuń
  5. tak świat oszałał , niesktety niektorzy źle do tego się zabierają

    http://skucinska.blog.pl/niedlaczadu/

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja dążę do przede wszystkim zdrowej sylwetki i zdrowego stylu życia :) Dobrze, że napisałaś taki post, pozdrawiam serdecznie ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja co raz bardziej wkręcam się w świat zdrowego stylu życia, choć czasem bywa ciężko.

    OdpowiedzUsuń
  8. Bardzo dobry post! Świetnie ze poruszyłaś taki temat

    Zapraszam:
    http://www.pannaanna92.com/

    OdpowiedzUsuń
  9. Szkoda, że często dążąc za zdrowym i ładnym ciałem zapominamy o zdrowej głowie :) Teraz wszyscy starają się podążać za sylwetką z bikini fitness, ale niestety, taka moda. Czekam na kolejny post :*

    OdpowiedzUsuń
  10. Zgadzam się ze wszystkim, ludzie uwielbiają przesadzać a ślepe podążanie za tym co aktualnie jest modne i popularne najczęściej kończy się nie najlepiej. Warto wszystkie informacje przecedzić przez sitko własnych doświadczeń, zdrowego rozsądku i tego co dla nas będzie dobre :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo fajny wpis. Racja-świat oszalał. Ja szczerze mówiąc, nigdy się jakoś specjalnie nie przejmowałam wagą z jednego prostego powodu. Jestem chuda jak szczapa. A raczej byłam, bo ostatnio moja waga poszła w górę-sama z siebie. Zawsze byłam bardzo szczupła i miałam kompleks na tym punkcie. Co prawda nie miałam złego samopoczucia, moje wyniki badań były super. Ale ani cycków ani dupy nie było. W sumie dalej jakieś pokaźne nie są 😂 Po prostu taką mam figurę-jestem drobną, filigranową dzieweczką i w końcu zaczęłam to akceptować. Teraz i tak lepiej to wygląda. Ale jeszcze ponad pół roku temu, kiedy pisałam maturę, ważyłam 45kg przy wzroście 160cm. I nie robiłam tego specjalnie. Obecnie moja waga oscyluje wokół 50kg i w sumie się cieszę. I stało się to wtedy, gdy przeszłam na dietę pescowegetariańską. Po mięsku czerwonym źle się czuję i brzuszek boli. Trzeba słuchać organizmu, czego mu trzeba. I najważniejsze, żeby obserwować siebie. Z powietrza niczego się nie dowiemy na temat tego, co służy naszemu organizmowi.
    Świetny wpis! 👍

    http://platinumredhead.blogspot.com/?m=1

    OdpowiedzUsuń
  12. Tez uważam ze jedzenie po 18 to mit.Wyczerpalas temat i życzę powodzenia w redukcji.

    OdpowiedzUsuń
  13. Twoja historia przypomina mi siebie z przed kilku lat, też bardzo zniszczyłam swoje zdrowie i długo trwało zanim doszłam do siebie, na szczęście teraz mam o wiele lepsze podejście do dbania o ciało, bo warto uświadomić sobie, że nie powinno to być męczarnią a czymś co pomaga :)
    http://nazywamsiemilena.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  14. Moda na bycie fit kiedyś przeminie. Nie rozumiem osób które przechodzą na dietę tylko dlatego że jest to na topie. Moim zdaniem powinniśmy to robić nie dla mody tylko dla siebie. Ale z dietami też nie należy przesadzać.
    http://take-a-pencil-and-draw-world-of-race.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  15. To bardzo drażliwy temat. Ja nic na to nie poradzę- jestem fit, bo mam taką pracę, że muszę :) ciągle słyszę, że jestem za chuda, że nic nie jem. Szkoda tylko, że nikt nie widział jak dziś na śniadanie wsunęłam dwa croissanty z czekoladą. Niestety, mam też tak, że przy stresie nie mam apetytu, a moja praca jest bardzo stresująca. Utrzymuję zbilansowaną dietę, wybieram zazwyczaj dobre składniki, biorę suplementy. Czuję się całkiem nieźle :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Bardzo mądry post, ja nie traktuje tego jako modę. Po prostu to uwielbiam! Zapraszam mojego bloga po zdrowe przepisy, treningi i nie tylko ;) https://nati-jest-fit.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  17. Cześć, ja tak tylko przywitać się wpadłem.

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo dobry post. Zgadzam się z nim w pełni. Wiele kobiet (nie, już nie tylko nastolatek, coraz częściej widuję też dorosłe osoby) wyczytuje w internecie na temat diet-cudów, które na tydzień przed wakacjami mają je magicznie odchudzić o dziesięć kilogramów, wpadają w ciąg naprzemiennie następujących głodówek i napadów obżarstwa (mogących skończyć się zaburzeniami odżywiania, jak chociażby bulimią) albo całą swoją wiedzę opierają wyłącznie na podstawie internetu (kalkulatory BMI, porady na forach, diety z blogów; po co udać się do dietetyka?), a to naprawdę może się źle skończyć.

    czytelnicze-recenzje.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń